Nasiśnij Enter aby Wyszukać

Witam Panią na stronie Face The Dream.

Nazywam się Agni Kliczka. Jestem właścicielem firmy Face The Dream. Jestem z wykształcenia fotografem (moje portfolio znajduje się pod linkiem www.kliczka.com), kulturoznawcą (specjalizacja animacja kultury) i dziennikarzem. Wraz z zespołem organizujemy jedyne w swoim rodzaju cykliczne wydarzenia jakim są Metamorfozy.

Metamorfozy to nie tylko sesja fotograficzna z profesjonalnie wykonanym makijażem, ale to przede wszystkim Święto Kobiet, to Wielowymiarowa Przemiana Życia. Dzięki obecności wizażystek, dietetyczek, stylistek, kosmetologów i psychologów spowodujemy nie tylko zmianę zewnętrzną, ale też będziemy przyczynkiem do zmian wewnętrznych. Oferujemy możliwość rozpoczęcia przemiany długoterminowej, dotykającej nie tylko tego jak wyglądamy, ale też i ducha/psychiki. A to wszystko po to aby zapewnić "Metamorfoziankom" trwałe doświadczenie tego, że wszystkie jesteśmy piękne i mamy ukryty w sobie ogromny potencjał.

Kliknij tu by zapisać się na Metamorfozę już teraz!

Fotografia cyfrowa „bez obróbki” nie istnieje

5 kwietnia 2012

Dlaczego fotografia bez obróbki nie istnieje?

Fotografia ‘bez obróbki’ jest terminem pustym; coś takiego w przyrodzie nie występuje.

Fotografia analogowa
Fotografia analogowa istnieje już ponad 120 lat. Ominę pionierskie czasy dagerotypii, żelów i żelatyny nakładanych na szklane płyty, a także aparatów w formatach pół metra na pół… 🙂 Skoczę od razu do czasów, kiedy furorę w fotografii zaczęła robić błona małoobrazkowa – czyli do początków lat dwudziestych. To od mniej więcej 1915 Leica robiła aparat, który z czasem sprowadził fotografię jako dziedzinę twórczości pod strzechy. Aparaty ładowało się kupowanymi w sklepie tanimi filmami, a po pikniku zanosiło do zakładu fotograficznego, gdzie magik robił wszystko, co potrzeba.

Czy obróbka była wtedy potrzebna?
Ba, nie istniało zdjęcie bez obróbki. Już grubo później, w dobie błon kolorowych samo wyjście do kiosku czy sklepu fotograficznego było obróbką (jakbyśmy dzisiaj powiedzieli). Wybór ORWO czy Velvii to już nie tylko obróbka, to prawdziwa obróba! To od razu podjęta decyzja, jakie będą kolory, kontrasty, jak naświetlać i co robić. Idąc do kiosku, fotograf dokonywał wstępnej obróbki, mówiąc pani za ladą, że chce film tyle a tyle DIN (lub ASA), co dzisiaj przyrównalibyśmy do ISO. Kupując film musiał się od razu zdecydować na odpowiednią WB – co było napisane na pudełku słownie i za pomocą obrazków. A wybór WB to nie obróbka?

No dobrze, wybór filmu mamy za sobą, a co się działo po plenerze? Wybór chemii do wywoływania i filmów i papieru to też była obróbka! A schłodzenie roztworów – niby nie? Ileż to atramentu wylano na temat tego, jak temperatura działa na wywołanie filmów. Ileż to było domowych sposobów na większy kontrast, czy mniejsze ziarno… A 90% tego w oparciu o temperaturę takiego Rodinalu, czy innego. I ktoś powie, że nie obrabiano wtedy zdjęć? Wolne żarty.

Przejdźmy do papierów. Z biegiem czasu okazało się, że czułość papieru też ma ogromne znaczenie. Zaczęto produkować papiery twarde (nie w sensie, że ciężko je było zgiąć, tylko dające twardy i kontrastowy obraz), lub miękkie – dające więcej półcieni i stonowanych walorów. Tych stopni gradacji papierów fotograficznych było kilka lub więcej. Mając kilka gradacji fotograf siedząc w ciemni wybierał rodzaj papieru i mając doświadczenie wiedział, co mu wyjdzie – mniej lub więcej kontrastu i właśnie ‘twardości’. To jak dziś pół photoshopa, z levelsami, krzywymi i kontrastami – tyle tylko, że wtedy robiło się wszystko stojąc w ciemności i czekając na wyniki 5 minut (wrócę jeszcze do tego).

I co, ktoś powie, że to nie była obróbka? A to jeszcze nawet nie początek. Oczywiście mając określony film (po wyborze – czyli niejako obróbce) o określonej czułości (to samo), z określonym WB (to samo), wywołany w określonej chemii (to samo, obróbka) w jakiejś specjalnie dobranej temperaturze (obróbka) dochodzimy do powiększalnika. A cóż tam jest: żarówka o określonej mocy z regulowaną wysokością i obiektyw z przysłoną! A wszystko to bliżej lub dalej od papieru, który się naświetlało!

Myślicie może, że winiety na dawnych zdjęciach brały się skądś automatycznie? Z powietrza? Nie rozśmieszajcie mnie… Jeden ruch żarówką w powiększalniku w dół czy w górę, to było inne oświetlenie pola naświetlania i albo niwelowanie, albo stwarzanie winiety. Czy myślicie, że przesłona w obiektywie powiększalnika była dlatego, że ktoś zapomniał jej usunąć? Długie naświetlanie słabym światłem dawało efekt astronomicznie odległy od krótkiego naświetlania mocnym światłem… Do tego krótkie i agresywne, bądź długie i spokojne wywoływanie papieru – to wszystko była taka obróbka, na którą dziś może sobie pozwolić wyłącznie wirtuoz phototshopa.

A gdzie tu jeszcze mówić o papierach multigrade, głowicach kontrastujących, filtrach pod powiększalnik, maskowaniu pewnych fragmentów dłońmi lub kłębkiem waty (zapamiętajcie, bo wrócę jeszcze do tego), prostowaniu perspektywy (tak tak! – prostowało się aż miło, podnosząc krawędź maskownicy wraz z całym papierem), cudami z mieszaniem chemii (stąd słynna technika cross, o rodowodzie jak najbardziej analogowym) i setki innych sposobów.

TO wszystko była (i jest) obróbka. I nie było czegoś takiego, jak jakiś mityczny wzorzec. Bo co niby miałoby być tym wzorcem: naświetlanie 11 sekund na przysłonie 5,6, żarówką 40 wat, czy odwrotnie: naświetlanie 40 sekund na przysłonie 11, ale żarówką o mocy 100 wat? Takiego wzorca nie było, to wręcz oczywiste. Każdy fotograf miał taki wzorzec w głowie – dlatego byli lepsi, gorsi, mniej i bardziej poważani, podobający się publice i krytykom – jak dziś. Zwykłe podniesienie lub obniżenie powiększalnika – bliżej lub dalej żarówka, czyli inne naświetlanie, czyli inne kontrasty, czyli inne kolory, czyli inne zdjęcia po prostu – to była obróbka, o której już dziś się zapomina po trosze… Jeśli ktoś teraz mi powie, że jest na świecie jakieś zdjęcie analogowe (czy slajd – obojętne) wykonany ‘bez obróbki’ – pozwólcie, że się tylko szyderczo zaśmieję.

Fotografia cyfrowa

Cóż – wypada mi podzielić ten rozdział na dwa podrozdziały, w zależności od tego, co wypluje nam aparat. Jeden podrozdział to RAWy, a drugi jpgi (a też i tiffy czy bmp, jeśli takie aparaty są) w każdym razie pliki, które nie wymagają wywołania.
Najpierw RAWy.
Czy istnieją RAWy bez obróbki? Jeśli w ogóle, to w postaci zer i jedynek. Żeby trawa była trawą, a niebo niebem musi nastąpić proces ‘wywołania’, przy czym ‘wywołanie’ jest terminem dość mało ścisłym, ale za to wiele mówiącym. Czy dało się oglądać obrazki na filmie, które nie były wywołane? Być może ktoś miał takie nadprzyrodzone zdolności, ale technicznie nie. Nie było takiej możliwości, bez wypłukania naświetlonej żelatyny, czy co to tam było nośnikiem…

To samo z RAWami. Pewnie inżynierowie z Nikona czy innej firmy mają jakieś sposoby na zobrazowanie RAWa bez wywołania, ale będzie to wyłącznie bardzo daleka analogia – coś jak obrazek sektorów dysku przy wykonywaniu defragmentacji. Mówi ile zostało zrobione, ale prawdziwym obrazem dysku nie jest.

Analogicznie RAWy – żeby zobaczyć jakie jest zdjęcie, należy takiego RAWa wywołać – czyli poddać go wielce skomplikowanej obróbce, która zanalizuje poszczególne zera i jedynki i przetworzy je według tak skomplikowanych algorytmów, że programów wywołujących Rawy jest na świcie raptem kilka. To, że nic przy tym można nie robić (z sensie takim, że operator nie musi nic robić, może spokojnie dłubać w nosie, a nawet wyjść na kawę) nie oznacza, że obróbka stoi. Obróbka idzie pełną parą, i to tak, że mając słabszy komputer może trwać kilka godzin. Po prostu nie można wywołać żadnego RAWa ‘wisząc w powietrzu’, bez żadnych ustawień… Musi ta cała bardzo skomplikowana obróbka odbywać się według jakichś nastawień, w które szczęśliwie możemy wnikać (dając jaśniej/ciemniej na przykład). A jeśli nic nei zrobimy, nawet prostego jaśniej/ciemniej – wtedy program wywołujący wywoła pliki z ustawieniami defaultowymi – czyli takimi, jakie mu nastawił inżynier, który ten program pisał.

Liczę na zrozumienie tego faktu: obróbka RAWów, niezbędna do tego, żeby w ogóle zobaczyć zdjęcie na słabych komputerach zabiera strasznie dużo czasu. Nie sądzicie chyba, że ta strasznie duża ilość czasu jest na robienie niczego (skoro bez obróbki, to znaczy że komputer nic nie robi)?

Ktoś jeszcze chce na poważnie twierdzić, że istnieją na świcie RAWy ‘bez obróbki’? 🙂

A jak to jest z jpgami (czy tifami czy bitmapami) – czyli plikami widocznymi od razu, bez potrzeby wywołania?
JPGi
No cóż – tu wkraczamy na śliski grunt, gdzie przyda się myślenie analityczne. Mówiłem o tym, że RAW, to taki zrzut z matrycy, który koniecznie musi zostać wywołany. Oczywiście wywołany według albo nastawień firmowych (czyli widzimisię inżyniera od softu, który ustalił położenie suwaczków), albo według mojego zdania, bo widzę, co mam na fotografii, a poza tym to moje foto, a nie autora softu.

A jpg? Czy uważacie, że to jest zrzut z jakiejś innej matrycy, która przy wyborze jpg w puszce podmienia się w magiczny sposób z tą od RAWów? Oczywiście to efekt działania tejże samej matrycy – tylko software aparatu wywołał zdjęcie za nas, od razu, bez naszej wiedzy i udziału. Lub może z jakimś minimalnym udziałem.

Weźcie teraz swoją puszeczkę, jaką kto ma i poprzeglądajcie menu aparatu… Widzicie tam może jakiś kontrast do regulacji? Jakieś nasycenie, jakieś wyostrzenie? Ile tam kroków widzicie na suwaczkach – pewnie ze dwa, trzy, prawda? Jak sądzicie, co to te wszystkie ustalenia znaczą?

Tak, tak – to są te dane, które między innymi są potrzebne do natychmiastowego po naciśnięciu migawki ‘wywołania’ zrzutu z matrycy i zapisania na karcie pamięci pliku zgodnego ze specyfikacją jpg. Bez obróbki? Ejże…

Obróbka, czy się to komuś podoba, czy nie – idzie dalej pełną parą, tyle że w aparacie, który zapisuje pliki jpg. Ta obróbka nie jest w niczym mniej skomplikowana, niż obróbka przy wywoływaniu RAWów na komputerze, tyle tylko, że możliwości ingerowania w nią mamy mniejsze. Wystarczy porównać ilość suwaczków w NXie i w puszce, żeby zobaczyć, że inżynierowie zostawili w puszce mniejsze możliwości manipulacji parametrami, z jakimi tworzy się plik jpg. I dobrze zresztą, bo jakby dali więcej, na onecie napisaliby, że lustrzanki Nikona nadają się tylko dla doktorów informatyki, bo normalny człowiek nic z tego nie wie.

Gorzej, że napisaliby też, że ta większa ilość parametrów, którymi możemy mieszać ‘do niczego nie jest potrzebna’. Ubodzy wiedzą… Te parametry nie są niepotrzebne – one są niezbędne! Tyle tylko, że jakiś miłościwy japoński inżynierek stwierdził, że nie da ich do możliwości mieszania, bo profani mu pomieszają i obrazki wyjdą niefajnie…

Reasumując

Fotografia analogowa ‘bez obróbki’ nie istnieje, bo wszystko to, co robiło się w ciemni (a nawet i poza ciemną, jak wybór błon, papierów i chemii w sklepie) to obróbka.

Fotografia cyfrowa ‘bez obróbki’ też nie istnieje, bo to, co się widzi na ekraniku w ułamek sekundki po pstryknięciu, to efekt potężnej obróbki zer i jedynek zrzuconych z matrycy. Kto chce zobaczyć jak skomplikowana to obróbka niech otworzy byle jaki program wywołujący RAWy – to nabierze szacunku. Obojętne, czy aparat zrobi to za nas i bez naszej świadomości (i wypluje nam jpga), czy zrobimy to świadomie sami w programie do obróbki zdjęć – bez obróbki nie ma dosłownie nic. Dlatego napisałem, że coś takiego jak ‘zdjęcie bez obróbki’ nie istnieje w przyrodzie.

I malutkie posłowie.

Dlaczego wolę obrabiać zdjęcia… Jeśli mam RAWa – to oczywiste dlaczego go obrabiam – bo inaczej nie mogę nic zobaczyć. 🙂

A jeśli dostaję plik jpg, jest to plik wywołany z ustawieniami softu aparatu. Mam na te ustawienia dość mały wpływ – nasycenie, kontrast, jasność… Jednocześnie wiem (bo widzę), że te ustawienia softu aparatu są dość liche. Są uśrednione, robione przez inżynierów a nie artystów, mają nie sprawiać kłopotu aparatowi, nie wychylać się i nie trwać za długo, bo będzie zwiecha. Mają dać piękny obrazek z komunii wnusia, z plaży i pikniku za miastem – są uśrednione tak, żeby wszędzie pasowały. A jak coś jest właśnie tak uśrednione, to takie potem wychodzą zdjęcia, jeśli się je ogląda: uśrednione, liche i nie wyróżniające się niczym szczególnym…

Jednocześnie zaś jakiś bezimienny inżynier stwierdził, w którym miejscu jest poziom normalny wyostrzenia, jaki jest normalny poziom nasycenia i kontrastu – i od tego co on uznał za normalny dał mi dwie kreseczki w dół i w górę. Zauważcie, że to cały czas on – ten bezimienny inżynier ustalił, ile mam do dyspozycji tych kreseczek i jakie długie kroki te stopnie robią. :-\

Słowem – niby dał mi możność wpływania na obrazek, ale jednocześnie powiedział mi tak: masz wybór, ale tylko 5 parametrów (ostrość, kontrast i coś jeszcze), za to tylko odtąd – dotąd. I dalej mówi mi ten inżynier: daję ci tyle możliwości, żebyś nie kombinował, bo i tak nic nie wykombinujesz. Ma być od do, bo ja tak mówię – wtedy wychodzą małe szumy, dprewiev się nie burzy, nikt się nie rzuca, że banding wychodzi i wszyscy mamy premię.

A ja, moi drodzy nie chcę robić zdjęć, jak mi każe robić bezimienny inżynierek od softu z Japonii. Ja chcę je robić tak, jak mi każe własna, być może chora, ale za to moja – wyobraźnia.

Źródło: http://www.smietanka.com.pl/blog/?p=396

Nie ma jeszcze komentarzy, dodaj jeden poniżej.

t Twitter f Facebook g Google+